spacerem

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Czerwona szminka na usta. Trzaśnięcie drzwiami. Słuchawki w uszach, a w nich muza, która zagłuszała wycie wiatru, odgłosy umierającego miasta, wycia karetek. Lubię, gdy dźwięki mnie niosą. Nuty zagłuszają myśli. Odłączenie. Próbuję już tylko śpiewać wewnętrznie.

Znowu wyję.

 

Quo vadis?

 

Przed siebie. Do przodu. gdzieś. Donikąd.

 


 

 

Obok, przemknął w  pełnych niecierpliwościach krokach, ściskając  w ręku telefon, mężczyzna. Był pełen oczekiwań i jakiegoś niepokoju. Nawet zapach jego perfum nie zabił  emanujących z niego emocji. Pognał, nasączony  nadzieją, pomimo wszystko.

 

Moje buty zaszurały w liściach. Lubię ten zapach jesieni. Rozkładającego się życia. Z błogością szłam nie odrywając nóg od chodnika. Szur, szur, szur ,,, jakbym chciała się wtopić. Zetrzeć. Oto ja szarobury liść. Upadły. Wtapiający się w cienie ledwo tlących się lamp. Tylko myśli me snuły się gdzieś ponad wszystkim, niczym  dym z kominów.

Wiatr poderwał liście. zatańczył z nimi. Upiorne tango. Cisza. Agonia.

 

Śpiew wypełzający ze słuchawek do wnętrza zagłuszał niepokój nadgryzający duszę.  Miałam jednak wrażenie, że żyję. Bo skoro słyszę to żyję, jak żyję to idę. Szłam dalej przed siebie oddychając dźwiękami. Spokojnie, spokojnie tak…słyszę, ale czy czuję.

 

Przy mijanej bramie wjazdowej zatrzymał się jakiś facet. Zsiadł z roweru.. Schylił się do tabliczki wiszącej na bramie jakby chciał ją ukraść. Oczami wyobraźni widziałam jak pod siodełkiem, zamiast lampy tylnej, mocuje  ZAKAZ PARKOWANIA. Rozśmieszyło mnie to nawet. No może nie rozśmieszyło, ale kąciki ust poszły do góry. Na moment.

Nadal patrzyłam na niego.  Facet odsunął trochę bramę i wśliznął się na podwórko niczym spasiony kot: szybko i nieporadnie. I zniknął za rogiem budynku.

A może go nie było?

 

Sklep, a koło niego  niedopite towarzystwo czekające na posła z flaszką. Gdzie te czasy dokupowania wyzwolenia i dobijania się w parku. Gdzie te czasy rozmów kończących się pawiem.

 

Sięgnęłam po telefon. Nie, nie mam tu już nikogo, kogo mogłabym wyciągnąć na piwo.

 

Wyludniały rynek straszył swoim opuszczeniem. Nawet Cyganie nie okupywali ławek. Może zresztą dla nich było za wcześnie? A może już za późno…

 

Cisza. Ptactwo spało wraz z ludźmi. Tylko mnie niosły gdzieś te dźwięki. W cienie lamp, w ich światło, w mrok, w jasność, przed siebie.

 

Nie, ja nie płaczę, to wiatr wieje.

 

 

 

 

Nawigacja po wpisie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×